Jak zrobić dobrze blogerowi?

Czyli tych twórców warto przelecieć


Przysunęłam twarz bliżej ognia. Przyjemne ciepło rozlało się po policzkach i ramionach. Dłuższą chwilę wpatrywałam się w ogień, lecz ten nie przemówił.
Może czegoś nie dorzuciłam? Zapomniałam o jakimś składniku? Czegoś dałam za mało?
Sięgnęłam po kolejną porcję czosnku. Pociągnęłam nosem, oceniając czekający mnie za chwilę smak.
Idealnie!
Share Week 2017 | polecam | blog | blogowanie | ciekawe blogi

Niemoc blogera

czyli gdy wena zdradza Cię z kimś innym.


Poranek.


Wstaję, odsłaniam roletę i uchylam okno. Do moich uszu dociera hipnotyzujący stukot kropel deszczu. Ten odgłos wycisza, medytuję go jakiś czas, wpatrując się w brudno kremową elewację.
Po chwili zasiadam do komputera, wciskam power i czekam kilka dobrych minut. Tak dawno go nie formatowałam. Kiedyś już się nie uruchomi.
Najeżdżam kursorem na ikonkę skrótu, przechodzę do googlowskich dokumentów. Czuję mrowienie w palcach. To słowa! Chcą się wydobyć, puścić rytmicznym potokiem. Są jak nieokiełznana energia. Pulsują gorącem i twórczością!
Pochylam się nad klawiaturą i… zastygam w bezruchu.

Gdzie ona jest? Przecież jeszcze wczoraj wieczorem, nim zasnęłam, była ze mną!
Gdzie jest wena, która tak dobrze układała mi słowa, splatała w wybitne zdania, rozciągała morze myśli.


A miało być pięknie, czyli dla kogo jest serial Belle Epoque?

Przewijam bezmyślnie kolejne śliczne graficzki, kotki i obcojęzyczne cytaty na fejs-zbuku. Odmóżdżam się po ostatnim, dość intensywnym projekcie. Nie bardzo chce mi się zastanawiać nad tym, co właśnie widzę, ale jednak pewne ośrodki w mózgu wciąż prawidłowo reagują. Coś ciekawego zarejestrowały. Wracam scrollem do góry.
Belle Epoque | recenzja | seria | Piękna Epoka | seria kryminalno-kostiumowy | Małaszyński | Lubaszenko | TVN |

Tylko jeden mężczyzna może zadowolić kilkanaście kobiet dziennie

czyli dostarczyciel przyjemności czy złości?


Moje ciało było rozpalone do granic wytrzymałości.

Ubiór nieprzyjemnie ocierał się o spoconą skórę. Wyostrzone zmysły odbierały każdy, nawet najdrobniejszy ruch na klatce schodowej.

Dziś się przygotowałam.
Na chwilę zamknęłam powieki. W myślach palcami rozszarpywałam wszelkie bariery dzielące mnie od upragnionej przyjemności. Wiedziałam, że tego dnia tylko jeden mężczyzna może mi ją dostarczyć.
Czekałam. Czekałam na jakiś znak, sygnał. Ale na co właściwie?
A już wiem, na dzwonek do drzwi czekałam.
Już tylko minuty dzieliły mnie od...

Ale zaraz, zaraz, Drogi Czytelniku.

Chyba Cię nieco wyobraźnia poniosła ;)

Zatem zacznijmy kulturalnie i od początku. Zgodzisz się?


Legenda głosi, że tylko jeden mężczyzna może zadowolić kilkanaście kobiet dziennie.
Niekoniecznie jednocześnie rzecz jasna. I tymi samymi rzeczami.
A jest nim kurier dostarczający upragnione i długo wyczekiwane zakupy.

Ale mnie kurierzy nie lubią. Zwykle nachodzą moje królestwo akurat w momencie, gdy jestem przebrana za najbardziej seksowne zwierzę ponocne - w gaciach a’la Bridget Jones, pluszowych papciach z pazurami oraz grzebieniem wsuniętym między trzeci a czwarty poranny kosmyk włosów.

Ale raz na tysiąc lat zdarza się święto.
Gdy nad Jowiszem świeci zielony żelkowy księżyc, gdy wszystkie moje cztery koty trafiają bronią biologiczną do kuwety, a sąsiadce wychodzi smaczna galaretka z nóżek. W ten jeden dzień ja jestem przygotowana na jego przyjęcie. Od stóp do głów.
Ubrana w seksowny kostium, podkreślający wszelkie idealne kobiece krzywe i krągłości. Czyli w mój ulubiony szafirowy dres.

I to był właśnie ten jeden dzień.
Czekałam, z niemal czterdziestoma stopniami gorączki i fabryką glutów w nosie.
Czekałam, aż usłyszę ten najpiękniejszy dla każdej kobiety dźwięk.
I usłyszałam. Ale sygnał maila.

Twoja przesyłka czeka w punkcie odbioru. Masz 3 dni na jej odebranie.


A teraz, Drogi Czytelniku, nie próbuj sobie nawet wyobrazić jak się czuje zagrypiona kobieta, z gorączką, która przysmaża jej cycki, uziemiona na kilka dni w domu, otrzymująca takiego właśnie maila.
Nie próbuj sobie wyobrazić jakie myśli przychodzą jej do głowy, jakie krwawe obrazy.
Powiem krótko - InPost. I wszystko stanie się jasne.

Kurierze Ty mój ukochany, tak długo wyczekiwany. Nigdy Cię nawet na moje piękne oczy nie widziałam.

Ale ja Cię poznam. I zapamiętam.

A następnym razem, zamiast paczuszki z ubraniami, zamówię sobie szafę trzydrzwiową.
Z dostawą pod drzwi!

3 znane osoby, które zrobiły mi dobrze w 2016 roku

Czyli kruki, szpaki i słowiańskie demony.


W poprzednim wpisie przesadziłam niczym niedoświadczony ogrodnik w angielskim ogrodzie Królowej Elżbiety. Rok 2016 wcale nie był dla mnie taki zły.
Przyznaję, skopał mnie, ale czołgiem nie przejechał ;)

Za to pozytywnie zaskoczył kilkoma osobami.
kruki| szpaki| demony| siri pettersen| michał szpak| tomek bagiński| allegro| krucze pierścienie| eurowizja| 2016| ravneringene| misioludek| o w morelę| ostrosłowem pisane|


Cel - PAL! Czyli jak dobrze, że zeszły rok mnie skopał

I ruszyły!
Postanowienia, postanowienia braku postanowień, podsumowania i obietnice. A to wszystko za sprawą tylko jednego dnia - Nowego Roku.

Przyznam, że nigdy nie byłam podatna na porywy fal modowych. Jedyne fale jakie mogły mnie ogarnąć to przypływy i odpływy zleceń i zobowiązań. Aż do utopienia.
Zapewne jeszcze o tym przeczytacie. O ile wcześniej kogoś w tym sama nie utopię.
Nie, postanowienia, ich brak, podsumowania minionego roku - to zostawiam zaprawionym w bojach. Raz takowe uczyniłam, dokładnie rok temu na Marze. Podsumowanie mojego pierwszego roku blogowego. I wystarczy.

Nie dla mnie utarte ścieżki i drogi szybkiego ruchu. Ja wybieram inną, jeszcze nie odkrytą. Chyba Cię to, Drogi Czytelniku, nie zdziwi ;)

Ale jeśli nie podsumowanie to co?

Natura nie lubi próżni, a zawsze jakiś zamiennik się znajdzie. I ja taki mam.
Ostatni rok zabrał mi trochę czasu, choć ani więcej, ani mniej niż i Tobie. Ale nieco oświetlił mi znane i nieznane jeszcze tematy.

Pewne sprawy, które do niedawna uważałam za najistotniejsze, nieco się zatarły. A inne wyłoniły swe zarysy, niczym śpiący gdzieś głęboko w otchłani potwór. Potwór, który przerażający jest tylko do czasu, bo wystarczy odrobinkę głębiej się zanurzyć, uśmiechnąć się na widok jego słodkiego puchatego pyszczka i spojrzeć mu przyjaźnie w oczy.
Od razu lepiej, prawda?

Skrystalizowanie celów

Prawdę powiedziawszy, choć ostatni rok do łatwych nie należał, jestem mu wdzięczna za te kopniaki i kłody zaserwowane mi pod nóżki. Nawet za te cegły dziurawki co mi spadały na łeb w drewnianym kościele.
Pewnie dalej bym na oślep brnęła w kierunku, z którego ucieczka byłaby dość trudna. Pewnie bym później żałowała i się zastanawiała co poszło nie tak. Czyż nie tego właśnie pragnęłam?
Niektóre cele się skrystalizowały, inne postanowiłam otoczyć bezpiecznym murem, póki są mi potrzebne.

Ostatni rok sam w sobie był podsumowaniem i jasnym określeniem co jest dobre, a z czym mogę się bez żalu pożegnać praktycznie już w tym momencie.
I tak też zapewne zrobię w ciągu kilku zbliżających się miesięcy.

Dziś piszę ten tekst dopijając Sylwestrowego szampana. Tak, wiem, że jest już 2 stycznia i że bąbelki już nie te. Ale najważniejsze, że wciąż smakuje, prawda?

Widzę swe cele jaśniej i wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. Są tuż przede mną, niemal na wyciągnięcie ręki. Ale nie określam ich mianem postanowień noworocznych, one są na kilka najbliższych lat.

Dziś mam do Ciebie, Drogi Czytelniku, tylko jedną prośbę - trzymaj kciuki. Byle mocno!
Bo będzie się działo :)

I wypatruj mnie na internetowym horyzoncie, aby niczego nie przegapić.

Jak się przygotować do konferencji dla blogerów?

Dwie konferencje, dwa miasta i jeden cel. Może dwa. Albo i trzy. Czyli słów parę o tegorocznych WroBlog i BloSilesia.

 

Kiedy w 2009 roku zakładałam bloga fotograficznego nie wiedziałam, że tak to się nazywa. A o okrzyknięciu się blogerką nawet nie wspomnę. Blog? To się je? A mogę dodać majonezu?

Nie przypuszczałam też, że kiedykolwiek będę jeździć na konferencje dla blogerów. A jednak.

blog | blogowanie | bloger | konferencja | WroBlog | BloSilesia | 2016 | wyjazd | Katowice | Wrocław | porady | przewodnik | wyżera blogera | O w Morelę | Mara Time

Liebster Blog Award, czyli jak nagiąć zasady?

Patrzcie no ją! Ledwo się wyturlała na świat a już jest rozpoznawalna. Jak zupka chińska firmy Vifon w Biedronce. Toż to czyste bluźnierstwo! Karygodne i nawiedzone! Wzywajcie egzorcystę, pogromców duchów i cukiernika!
Z naciskiem na cukiernika, poproszę ;)

Blog ostrosłowem pisany. I z jajem. Tu Ci zrobię dobrze. Słowem!

Jeszcze miesiąc nie minął od startu Moreli, ba! nawet tydzień, a tu już przemiła niespodzianka mnie spotkała. Oto Morela została nominowana do Liebster Blog Award.

Co to takiego ten cały Liebster Blog Award?


To taka blogerska zabawa, coś jak Złote Myśli, które były modne całe lata temu. Bosze, to ja już taka stara jestem?

Blogerzy nominują blogerów, by Ci odpowiadali na pytania. W ten sposób mamy okazję się bliżej poznać i pośmiać :)
Morela swoją nominację zawdzięcza Pierwszej Damie (kłaniam się nisko!) i właśnie ma zamiar puścić blogerski łańcuszek dalej w świat.


Trzymając się bardzo rygorystycznych punktów całej zabawy, pod karą rozstrzelania ogórkami kiszonymi w markecie, należy:


1) Podziękować za nominację - buziolek, Ela! Stawiam ciacho na BloSilesia :*

I zadecydować czy będzie się w niej brać udział.

No, nie wiem. To takie już oklepane, wszyscy to przeszli, niektórzy nawet kilka razy. Mara też już ma to za sobą.

OK, już zdecydowałam! To jedziemy z LBA! :D


2) Opisać czytelnikom zasady.

Właśnie to robię ;)


3) Opisać swój ulubiony blog.

Ten punkt jestem zmuszona trochę nagiąć, bo… zwyczajnie jest ich zbyt dużo.
Chciałam opisać jeden, ale po chwili stwierdziłam, że inny jest równie dobry, a tak poza tym to i ten trzeci niczego sobie… Doszłam do trzydziestego.
Nie, kochani, tu naginam przestrzeń, bo nad czasem niestety jeszcze nie zapanowałam :)


4) Wyciągnąć na światło dzienne 10 ciekawostek o sobie.

To za momencik, jeszcze chwilkę potrzymam Was w niepewności ;)


5) Nominować od 5 do 11 kolejnych przeszczęśliwych wybrańców.

Na to też mam już swój autorski sposób, o którym się przekonacie na samym końcu ;)


6) Dać znać przeszczęśliwym wybrańcom, że są kolejni na liście LBA.

Dam, obiecuję, że wszystkim Wam dam.
Znać oczywiście ;)


Skoro ogólne zasady, które z dziką rozkoszą będę częściowo naginać, wszyscy już znamy, pozwólcie że przelecimy się do rozwinięcia pkt. 4.

Ciekawostki o Moreli:


Z początku zastanawiałam się czy opisać tylko moje, czy tylko Morelowe. Ostatecznie będzie to mieszanka. Oby nie wybuchowa.

1) Widzisz na górze i na dole strony taką uroczą morelkę w logo? Wyznam, że nie powstała ona w żadnym znanym Wam programie graficznym. To nie jest twór z Corela czy Photoshopa. Czy nawet Painta :P
Ten drobiazg narysowałam w… AutoCadzie, programie do projektowania, którego używam na co dzień w mojej pracy. Tak po prostu było mi dużo prościej :)

2) Pozostańmy przez chwilę w temacie Moreli.
Kilka osób dopatrzyło się w niej pewnego podobieństwa do pewnej części ciała. Ty pewnie również. Jest to jak najbardziej podobieństwo zamierzone :)

3) Jestem kociarą pełną gębą.
Zaczęło się od jednego, później sąsiadka przyniosła drugiego. Trzecie futro przygarnęłam tuż przed zimą dwa lata temu. Ów futro okazało się ciężarne i urodziło mi ósemkę kociąt. Dobrze liczysz, przez 3 miesiące miałam u siebie (a nocami i na sobie) 11 kotów.
Ale co w tym wszystkim jest najpiękniejsze? Że cała młoda ósemka przeżyła i znalazła swoich ludzi. I że ja zostałam ostatecznie tylko z czterema ;) Ufff…

4) Nie lubię różowego. Ale to już wiesz.

5) Jestem starą maniaczką wszystkiego co Japońskie. Gdy miałam jakieś 6, może 7 lat, obejrzałam pierwszy w swoim życiu film Japoński, a był nim… “Siedmiu samurajów” Kurosawy. A później, dzięki mandze i anime, poszło już z górki. I tak mi zostało do dziś.
Czy jest na sali ktoś kto pamięta jeszcze “Kawaii”?

6) Jeśli chcesz mi zrobić przyjemność, zaproś mnie na kawę.
Jeśli chcesz mi wbić nóż w plecy, serce i jelita - zamów kawę z mlekiem.

7) Choć wygląd temu przeczy, w tym roku ukończyłam 31 lat. Chodzą nawet słuchy, że kąpię się w formalinie lub zażywam pewnych magicznych specyfików. Jak jest naprawdę? A to już moja słodka tajemnica ;) Ale najgorsze, że wciąż muszę pokazywać dowód chcąc kupić piwo.

8) Nie farbowałam włosów. Nigdy. To co mam na głowie jest wynikiem czystej naturalnej wybuchowej mieszanki genów moich przodków.
Choć przyznaję, że czasami mam wielką ochotę przefarbować się na jakiś bardzo ciemny kolorek. Tylko co się wtedy stanie z moim ognistym charakterem?

9) Kocham pluszowe kapcie. W pracy mam króliczki, w domu słodkie pazurki. A ostatnio, aby pazurki mi się za szybko nie znudziły, kupiłam białe króliczki w markecie. Tak, są słodkie. Tak, pochwalę się na Instagramie. Nie, nie możesz pomiziać!

10) A tu jest miejsce na pytania - niespodzianki :)
Zadawajcie je w komentarzach poniżej, a ja na (prawie) wszystkie odpowiem.
Uwaga!
Nie odpowiadam na pytania dotyczące rozmiaru bielizny, gdzie jest złoty pociąg oraz jak zaciukałam swojego pierwszego męża :P

Szczęśliwi nominowani


Moment, którego nie lubię najbardziej. Zawsze jak kogoś wybieram, mam wrażenie, że komuś innemu wyrządzam krzywdę, bo nie zmieścił się na mojej liście. Ale tym razem chcę to sprytnie ominąć :)

Tym razem każdy z Was ma możliwość wzięcia udziału w Liebster Blog Award.
Jak?
Komentując ten wpis.

Kochani, wykonałam pewien super tajny klucz. Niby nic wielkiego, bo na zwykłej, wymiętolonej przez koty kartce zapisałam 11 liczb. Te liczby odpowiadają kolejnym komentarzom, które będziecie pisać.

Dokładnie za tydzień, 27 listopada, wybiorę zgodnie z tym kluczem autorów komentarzy i uroczyście zaproszę ich do zabawy. Co Wy na to? Podoba się pomysł?

To na co jeszcze czekacie? Komentujcie!

I do przeczytania u Was!

Podsumowanie października - Kto otrzyma Zgniłą Morelę?

Minął nas, pędzący niczym Struś Pędziwiatr po popiciu pstrąga trzymiesięcznym kefirkiem, październik.
Zwykle w tym czasie wyrastają i kwitną na blogach liczne lśniące podsumowania, jaki to ostatni miesiąc był świetny, ekscytujący i wręcz najlepszy z najlepszych.
Serio taki był? To zaczynam się zastanawiać czy żyjemy w tej samej strefie czasowej :P

Pomysł na taką serię zrodził się już dawno, ale jakoś nie wypadało mi go wrzucić na poprawną Marę.
No, dobrze. Poprawną coraz rzadziej. Pamiętacie konkurs na ładne przeklinanie? ;)

Na szczęście jest już Morela i mogę zaszaleć zgodnie z ostrosłownymi standardami, które właśnie się kształtują.
Tak, będę bezkarnie narzekać.
Wy też możecie. Powiem więcej, tu jest to nawet wskazane! :)

Oto co miesiąc będę przyznawać nagrodę im. Zgniłej Moreli temu, co mnie najbardziej w ostatnim miesiącu wmoreliło.
A zdecydowanie miało co!
Z roku na rok jestem coraz starsza to i nerwy nie te same. Mam zatem w czym wybierać.

Były znacznie liczniejsze niż zwykle nadgodziny. I brak kilku ostatnich wolnych weekendów w grafiku. Efekt? Pad prosty na pysk.
Był brak ogrzewania w firmie przez 3 tygodnie. Dziękuję, przeczyszczanie kanalików nosowych gratis.
Był i autobus odjeżdżający dwie minuty wcześniej. Codziennie. Ale tu się akurat nie popisał mój zegarek :P

A jakbym miała jeszcze dopisywać sprawy polityczne to zapewne wyliczanie trwałoby do końca tego roku. Neptunowego. Dlatego też pozwólcie, Drodzy Czytelnicy, że kuchnią ogólnodrobiową zajmować się nie będę. Jakże piękny byłby świat bez niej, nieprawdaż?
Cóż, a póki co mamy kaczkę faszerowaną burakami na śniadanie, obiad i kolację.

A zatem (otwieram uroczyście kopertę)...
Zgniła Morela za dokonania, czyli liczne wmorelenia mnie (wyciągam karteczkę)...
I zapewne wielu z Was również (spoglądam na cudowną widownię)…
Wędruje do (przybliżam się do stojącego na scenie mikrofonu)…
(dramaturgia rośnie, w tle słychać czyjeś nerwowe burczenie w brzuchu… Strusiu, czy to Ty?!)

Piździernikowej pogody!!!

 

Tak, kochani, dawno nie miałam takiego wmorelenia.
Wychodzę do pracy - ciemno, zimno, leje.
Siedzę w pracy - ciemno, zimno.
Wracam z pracy - ciemno, zimno, leje, wieje.
Mierzę elewację - ciemno, zimno, leje, wieje, kapie mi z nosa!

Ja wszystko rozumiem, wiem, że nazwa miesiąca zobowiązuje, ale bez przesadyzmu!

Przez kilka ostatnich lat to właśnie w październiku i listopadzie brałam urlop, i z aparatem w ręku hasałam po swoim lub obcym mieście. Zwykle obcym.
A w tym roku? Ledwo było możliwe bezpieczne i bezkropne doturlanie się do autobusu!

Nie, kochany piździerniku! Tobie już dziękujemy.

Jedyne dobro, które mi przyniosłeś to dodatkowa godzina snu, dokładnie ta, którą wydarto mi spod poduszki wiosną. Zatem wiesz, było miło, w zeszłym roku wręcz upojnie. A ten - nie przemilczę!

Masz tu, piździernikowa pogodo, Zgniłą Morelę!

I idź w π...

Słówko wyjaśnienia

czyli co tu się moreluje?


Gdy w 2009 roku zakładałam pierwszego bloga (fotograficznego), nie miałam zielonego pojęcia jak go ugryźć. I od tego czasu nic się nie zmieniło.
Nadal nie wiem jak to wszystko powinno prawidłowo wyglądać, więcej eksperymentuję i działam na wyczucie niż według porad zawartych w licznych teraz blogach o blogowaniu.
Co najlepiej widać na moim drugim blogu - Mara Time, z którego to wyrósł ten, Morelowy.

blog | blogowanie | O w Morelę | Mara Time | nowe | ostrosłów | humor | z jajem |

Czym jest Morela?


Na razie eksperymentem.
Pomysł na nią zrodził się już w lipcu tego roku, ale dopiero teraz, po wielu przymiarkach, próbach i tańcach o północy na barze ogląda swymi morelowymi ślepiami świat.

Jest miejscem, gdzie będzie zdecydowanie więcej tekstów niż zdjęć.
Jeśli chcesz oglądać focie to leć na Insta. Ale tu uraczę Cię, Drogi Czytelniku, moimi odręcznymi gryzmołami. Obiecuję za to, że je pokochasz za prostotę, humor i jaja.

Nie, nie! Nikomu nie stanie się krzywda. Nie będę kastrować.
Może czasami coś piętrolnę albo wkurnię.
Może nawet trochę częściej niż czasami. Charakter zobowiązuje.

Po co to miejsce?


Bo ja lubię pisać, a Ty lubisz mnie czytać. Lub za chwilkę polubisz.
Jak już wspomniałam kilka linijek wyżej, Morela wykluła się gdzieś po drodze prowadzenia drugiego bloga.
Jest on, i mam nadzieję, że jeszcze długo sobie pobędzie, stroną o moim życiu z architekturą w tle. Czyli o pracy, projektowaniu, głupich szefach, inwentaryzacjach, starych kamienicach, głupich szefach, fotografii, kiedyś nawet o biżuterii. Bo kiedyś nie miałam pojęcia, że doba ma tylko 24 godziny.
Wspominałam już o głupich szefach?

Gdzieś pomiędzy to wszystko wplotły się i inne tematy - blogowanie, rozmówki osobiste, przemyślenia, dzielenie się i duża dawka humoru. Ba! Nawet udało mi zahaczyć o kulinaria!
I nic nie wybuchło :P
Stwierdziłam, że za dużo tego. Aby nie robić bałaganu lub nawet tego drugiego na be, zaczęłam ograniczać wpisy z innych kategorii, ale to sprawiło, że dusiłam się we własnym sosie, na wolnym ogniu i pod szczelnym przykryciem. Gulasz z Mary? Drogi Czytelniku, nie brzmi to za dobrze, prawda? Zapadła decyzja.
Nastał czas, by powołać do życia coś nowego.
Zabawiłam się w doktora Frankensteina.

Dlaczego O w Morelę?


Nazwa przyszła nagle, przy okazji konkursu na zamienniki soczystego rzutu mięsem.
Przyznaj, lepiej brzmi niż o, w mordę!  Lub jeszcze inaczej ;) A efekt niemal ten sam. I z jajem.

Oczywiście, co bardziej wprawne oczęta czytelniczek, które znają mnie już dłużej, dopatrzyły się pewnego wymownego podobieństwa mojej graficznej moreli do powyższego "jeszcze inaczej". Zuch dziewczynki! :)
Hasło okazało się na tyle pięknie brzmiące, że podsunęłam je Zenji do kreatywnego wyzwania rysunkowo-pisarskiego, a ona z dziką rozkoszą je do niego dołączyła. Czyli się przyjęło :)


I co dalej?


A dalej to standardowo - ja będę pisać, a Ty, Drogi Czytelniku, z uśmiechem na ustach będziesz mnie czytać.
Przynajmniej taką mam nadzieję, bo doszły mnie słuchy, że całkiem nieźle mi to wychodzi.

A o czym?
Co powiesz na porady? Takie na serio, ale i takie z jajem?
Co powiesz na obserwacje? Oczywiście suto okraszone humorem i ostrosłowem?
A może do kompletu farmazony, co by zbyt nudno się nie zrobiło?

Zero architektury, zero pracy, zero stresu!

Może czasami jakąś statuetkę Zgniłej Moreli wybrańcowi miesiąca przyznam ;)

To jak, zajrzysz do mnie jeszcze?
No to jesteśmy umówieni! :)


Niech Ci Morela śmieszną będzie!

Książki, które gryzą

czyli co zrobić z dobrą fabułą, ale kiepsko napisaną


Lubię czytać. Ba! Uwielbiam!
A jeśli tu jesteś, drogi Czytelniku, to znaczy, że Ty również.

książka | book | audiobook | fabuła | treść | źle napisana |

Wgłębiam się w te pierwsze słowa, niczym w najbardziej puszystego pączka. Smakuję powoli nadzienie - tajemnicze i aromatyczne. Wtulam w świat stworzony przez autora, umysł wraz z dłonią przenikają przez pierwsze warstwy akapitów.

Fabuła wciąga, chcę czym prędzej wiedzieć co będzie dalej, kosztować jej stopniowo, ale i głębiej.
Ale się nie da. Natrafiam na beton.
Łamię zęby mej ciekawości o mur postawiony przez twórcę.

Z coraz większym oporem czytam kolejne zdania, oczy bolą. Dusza boli, bo ciekawość mnie wręcz zżera.

Ale czy warto się tak męczyć?
Czy warto przedzierać się przez kolejne zagmatwane zdania tak nieumiejętnie wydziergane drutem kolczastym przez pisarza.
Wiem, nie każdy może być Kingiem, który w idealny sposób łączy swą nieograniczoną wyobraźnię z doskonałym warsztatem pisarskim.
Ale nie każdy też jest masochistą, by katować szare komórki zdaniami bez sensu!

Żeby daleko nie szukać, miałam tak ostatnio z jednym z głośniejszych hitów.
Nie wiem jak inni czytelnicy tę powieść przeżyli, chyba mieli znieczulenie jakieś.
Tytuł pozostawię dla siebie, aby nie robić antyreklamy.

Zainteresowałam się fabułą - ciekawy i niekonwencjonalny pomysł to jest to co lubię najbardziej.
Niedługo później książka w ręku, nareszcie czytam.
Pierwsza strona - trochę ciężko, ale jak wiadomo do każdego stylu trzeba się przyzwyczaić.
Druga strona - ciężej, chyba autorkę coś bolało. Całkowicie ją rozumiem, mnie też to coś zaczyna boleć.
Trzecia strona, czwarta. Przy ósmej skapitulowałam.

Tytuł wylądował na pokaźnej już stercie z napisem “literacki masochizm - ruszyć tylko gdy wszystkie inne książki wylądują na Marsie”.

Ale historia we mnie pozostała. Kręciła się w te i z powrotem, jak mała wygłodniała orka.
Dobra! powiedziałam. Masz mnie.
Tym jednak razem nie sięgnęłam kolejny raz po wersję papierową. Postanowiłam nie męczyć i tak skatowanych komputerem oczu, a umysłowi wyłapywać tylko to co najistotniejsze.
Tak, drogi Czytelniku, Ty już się domyślasz jak ją potraktowałam.

Bezlitośnie i z pełną premedytacją - audiobookiem.
(na szczęście takowy został wydany :)

Gdybym musiała tę powieść czytać zajęło by mi to z pół roku, może dłużej.
By nie oszaleć wskazane by były przerwy, długie przerwy.
Dzięki czytanej książce to było niewiele ponad 10 godzin.

Przyznaję, czasami przysypiałam.
Ale miałam rację - fabuła przeciekawa, z nielicznymi wyjątkami, na które mogę jednak przymknąć oczko, szczególnie w przypadku debiutu.
Zakończenie równie zaskakujące.

Jednak styl pisania? Zdecydowanie do doszlifowania. A może raczej przeszlifowania w bardziej lekki i przystępny.

Co najciekawsze, niedługo później trafiłam na film oparty na tej właśnie powieści.
To znak, że nie tylko mnie pomysł przypadł do gustu.
Powiem szczerze, to co ekipa filmowa zrobiła to istny majstersztyk. Nigdy bym nie pomyślała, że ekranizacja jakiejkolwiek książki może być lepsza od niej samej.

Szczególnie po Jackson’owskim Hobbicie.


Dobiła Was ostatnio jakaś książka? Pogryzła?
Warto się było przemęczyć?

Zakupy przed apokalipsą

czyli jak zrobić zapasy na miesiąc

zakupy | zapasy | sklep | pieczywo | mięso | walka o produkt | apokalipsa | dzień wolnego | jak zrobić zakupy | jak robić szybko zakupy | robienie zakupów przed dniem wolnym |


A za czym ta kolejka stoi? - pomyślałam przestępując próg jednego z pobliskich marketów spod żółto-czerwonego owadziego szyldu i wbijając wzrok w wygłodniały tłum przy kasach.

Rzucili promocję na trupy? - minęłam puste chłodziarki z mięsem.
Kończy się słodka woda na ziemi? - rzuciłam okiem na puste półki po napojach mniej lub bardziej gazowanych.
Przylecieli kosmici i zeżarli wszystkie pączki? - próbowałam delektować się szybko znikającym z półek zapachem słodyczy.

Nie, nic z tych rzeczy.

Widząc determinację na twarzach ludzi, niepewnie ruszyłam po bułki.
Delikatnie i nie zwracając niczyjej uwagi otworzyłam pokrywę pojemnika. Woreczek w mej dłoni zaszeleścił. Zwrócił uwagę tlenionej blondyny z wielkim cycem skalpela chirurga, która zareagowała szybciej, niż Wiedźmin po eliksirach.

Nie zauważyłam, kiedy dostałam cycem rozmiar “G” pod oko. Nie zauważyłam, kiedy pięć bułek zniknęło sprzed moich wyciągniętych dłoni. Nie zauważyłam, kiedy je wrzuciła do swojego, wypełnionego po brzegi karkówką koszyka.

Został rogalik. Nie lubię, ale trudno, coś jeść trzeba.

Z podbitym okiem skierowałam swe kroki do półki z gotowym i półgotowym żarciem.
Nie zamierzałam się wysilać - sos słodko-kwaśny z ryżem i kurczakiem na obiad w zupełności wystarczy. Na dwa dni.
Lecz tam już stacjonowała niewysoka staruszka, z pełnym makaronu koszykiem.

Zacisnęłam dłonie na swym rogaliku i ruszyłam naprzód. Sosów na szczęście było pod dostatkiem, zapewne niewielu jeszcze ludzi się przekonało, że są naprawdę smaczne, choć niedrogie.
Uradowana, że tym razem obeszło się bez walnięcia cycem, udałam się do kasy. Lecz staruszka zajechała mi drogę, zrobiłam półobrót w powietrzu, schyliłam głowę unikając jej łokcia, dźwięk moich kręgów szyjnych zasugerował, że na dziś gimnastyki wystarczy.

Z iście słoniowym wdziękiem wpadłam na matkę z ryczącym dwukrotnym 500+, komunikującą się wysokodźwiękowo z drugim producentem ryczących 500+. Tu badania genetyczne byłyby zbędne.
To mi przypomniało, że przydało by się coś na filtrowanie nereczek. Rzuciłam szybko okiem za siebie. Mojego nie ma! Chwyciłam w locie inny chmielny zamiennik, póki jeszcze był na wyciągnięcie mej spragnionej łapki.


I uderzyła we mnie ta myśl - jak bardzo jestem nieprzystosowana do życia w społeczeństwie.

Przecież sama powinnam z główki przywalić tej tlenionej blondynie i zabrać 5 ostatnich bułek. A kuj, że potrzebowałam tylko dwie.
Przecież tej staruszce też mogłam zajść drogę, wypinając uzyskane tu i ówdzie w ciągu ostatniego roku dodatkowe 11 kg.
A tamtej matce z podwójnym 500+ pomóc w wyborze i kupić te ostatnie 7 czteropaków w promocji.

Poobijana, obdarta z bułek, ze śliwą pod okiem w kształcie cyca, w końcu postanowiłam stanąć do kolejki.
Lecz jej tam nie było. Tzn. była, lecz końca nie było.
Obróciłam się, kolejka sięgała drugiego końca sklepu i zakręcała przy nabiale.
Trudno, pomyślałam, są cztery kasjerki, szybko pójdzie.

40 minut później na horyzoncie zamajaczyła pierwsza kasa.
Opierając się o słup obudowany blachą ryflowaną z ulgą przesunęłam się o całe 3 centymetry.

Co macie takie tłumy dzisiaj? - po kolejnych 40 minutach w końcu zagadałam do kasjerki.
Jutro dzień wolnego - rzuciła mi w twarz okiem, kasując piwo. Już mnie znała, więc nie spytała o dowód.

Gdzieś z tyłu głowy poczułam mrowienie, ktoś mi się przyglądał, czułam to.
Odwróciłam głowę, niby od niechcenia.
To jakieś sto par oczu wyliczało właśnie moje kolejne sekundy okupowania kasy. Zawahałam się. Sięgnęłam do lewej kieszeni i wyciągnęłam moją finansową broń, z końcem miesiąca przywdziewającą podtekst erotyczny. Przyłożyłam kartę do czytnika.

Nie odważyłam się przedłużać tej świętej dla wielu stojących za mną chwili opuszczania kasy.

Za progiem sklepu uderzyła we mnie tylko jedna myśl: no tak, dzień wolnego.
Wszystko zamknięte.


O w morelę!

To będzie prawdziwa apokalipsa.